Newsletter

Zostaw adres e-mail, aby śledzić najważniejsze trendy.

Technologie11 maja 2017

Trend mHealth: czy potrzebujemy lekarza w swojej kieszeni? [rozmowa]

Social trend

Raz na jakiś czas każdy z nas wciela się w rolę lekarza osobistego. Gdy odczuwamy nieznane dolegliwości, często naszym pierwszym krokiem na drodze do ich zdiagnozowania jest zasięgnięcie informacji w internecie. W końcu technologia mobilna otacza nas bez przerwy, przez co wspomaganie się nią weszło nam w nawyk. Proces ten nazywany jest intelligence augmentation i w dużym uproszczeniu polega na tym, że technologia, którą mamy na wyciągnięcie ręki, pozwala poszerzyć lub zgłębić analizowany w danej chwili problem. Żyjemy w erze deficytu wiedzy, dodatkowo wspieranego ciągłym, choć często pozornym, brakiem czasu. Gdy więc na czymś bardzo nam zależy, chcemy mieć to tu i teraz (wiążę się z tym również pojęcie tzw. gratyfikacji natychmiastowej), szczególnie w sytuacji, wiążącej się z wyjaśnieniem powodów naszej bieżącej, niekoniecznie dobrej kondycji zdrowotnej. 

Niezagospodarowaną przestrzeń pomiędzy medyczną niewiedzą pacjentów a lekarzami próbuje wypełnić technologia poprzez trend mHealth (Mobile Health), którego szybki rozwój obserwujemy w ostatnich latach (por. wykres poniżej). Deloitte szacuje bieżącą wartość całego rynku Digital Health na 23 mld USD, jednak już w przyszłym roku ma ona wzrosnąć do 43 mld USD. Aplikacje mobilne z kategorii mHealth (te, które w mniejszym lub większym stopniu bazują na zdalnym kontakcie pacjenta z lekarzem) stanowią dziś najmniejszy podsektor branży Digital Health, ale jednocześnie najszybciej rozwijający się i najbardziej obiecujący. Według Deloitte na przestrzeni lat 2014-2018 odnotuje on aż 49% wzrostu, a Europa w 2018 będzie największym odbiorcą tego rodzaju zdalnych usług medycznych.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na to, jak rozwój SI (Sztucznej Inteligencji) może w niedalekiej przyszłości wpływać na branżę medyczną oraz czas i szybkość diagnozowania pacjentów. Zaawansowane algorytmy już dziś są w stanie identyfikować niektóre schorzenia, jak choćby pierwsze objawy raka skóry, z dokładnością lekarzy, czego niedawno dowiedli badacze z Uniwersytetu Stanforda. Podobnymi dokonaniami mogą pochwalić się pracownicy sekcji SI w firmie Google Brain, których algorytm zasilony wcześniej tysiącami skanów siatkówek oka uczy się rozpoznawania wczesnych symptomów retinopatii

Samouczące się algorytmy zasilają (i będą coraz częściej zasilały) również najnowsze aplikacje właśnie z wspomnianej wcześniej dziedziny mHealth. ADA, brytyjsko-niemiecki projekt, przyswoił tysiące przypadków medycznych z ostatnich kilku lat, jak i setki naukowych źródeł, od najważniejszych książek, przez badania, po najnowsze publikacje. Twórcy tego rozwiązania chcą, aby użytkownik posiadał w kieszeni dostęp do wirtualnego lekarza, wspartego inteligencją maszyn.

Zastępować lekarza nauczaniem maszynowym bynajmniej nie zamierzają projektanci głośno komentowanych ostatnio aplikacji Medici oraz Amino, za których pomocą pacjenci (poprzez sms lub video chat) kontaktować mogą się ze specjalistami, płacąc za ich czas i porady. Moim zdaniem ten rodzaj aplikacji stanowił będzie o rosnącej sile trendu mHealth, jeśli przyjmie się sam model ich działania. Pierwsza z nich, Medici, miała swoją premierę podczas tegorocznego SXSW i jest obecnie dostępna na terenie USA, przy czym do końca roku zaplanowane zostało wdrożenie do 5 kolejnych krajów. Jej główną ideą jest zaoferowanie dostępu do lekarzy wszelkich specjalności, w tym weterynarza, w obrębie jednej platformy. W Stanach aplikacja ta umożliwia również zdalne wysłanie przez lekarza e-recepty do apteki znajdującej się najbliżej pacjenta. Z kolei twórcy rozwiązania Amino za cel postawili sobie jak najlepsze dopasowywanie specjalistów do potrzeb pacjentów, szczególnie, gdy zgłaszają oni rzadki przypadek choroby, w której leczeniu nie specjalizuje się zbyt wielu lekarzy. Aplikacja w ostatnich tygodniach uzyskała aż 25 mln USD dofinansowania na rozwój, co pokazuje duże zainteresowanie inwestorów tego typu rozwiązaniami. 

Chcąc zgłębić temat, zasięgnąłem opinii u źródła, pytając znajomego lekarza, prof. dr hab. n. med. Artura Pupkę, specjalistę chirurgii naczyniowej, angiologii, transplantologii klinicznej oraz medycyny sportowej o to, co sądzi na temat rozwoju aplikacji mHealth, ich przydatności oraz barier.  

Jak postrzegasz nowe sposoby zdalnego łączenia pacjentów z lekarzami w celu uzyskania porady?

AP: Warto zacząć od tego, że powstanie tych rozwiązań, to tak naprawdę następstwo upływu czasu. Jesteśmy bez przerwy otoczeni technologią, siecią, światem wirtualnym, z którego tak wiele osób dziś korzysta i trudno, aby ta technologia nie wkraczała również do obszaru medycyny. Ale inaczej na te zmiany patrzą bardzo młodzi lekarze, a szczególnie, młodzi pacjenci. Ja jestem wychowywany jeszcze przez „Starych Mistrzów” skalpela i słuchawek i zawsze powtarzam swoim studentom, że pacjent – aby oni mogli wyrokować, stawiać diagnozę, leczyć – musi zostać przez nich zbadany przedmiotowo i podmiotowo, czyli konieczne jest badanie fizykalne i wywiad chorobowy, rodzinny. Na tym etapie zwraca się uwagę na wiele drobnych szczegółów i wiele można wnioskować przy bezpośrednim kontakcie z chorym.

Choć to, co powiedziałem, stoi też nieco w sprzeczności z tym, co sam czasami robię, choć tylko pozornie. Moi pacjenci, których znam, badam w swoim gabinecie, stale leczę lub którym wykonuję zabiegi naczyniowe, szczególnie te najmniej inwazyjne, mają ze mną stały kontakt, najczęściej sms-em lub mailem a także telefoniczny. W trakcie takich konsultacji udzielam im również porad zdalnie, ale różnica jest taka, że ja znam tych pacjentów. Wiem, co im dolegało i jaka jest historia ich choroby oraz leczenia. A i tak często takie wirtualne konsultacje kończą się bezpośrednią wizytą w moim gabinecie. Miesięcznie otrzymuję też kilkadziesiąt maili od pacjentów mieszkających daleko od miejsca, w którym na co dzień pracuje. Pytania dotyczą różnych schorzeń ale najczęściej chorzy kontaktują się ze mną drogą wirtualną celem wstępnej konsultacji bardzo rzadkiego schorzenia (zespół uciskowy górnego otworu klatki piersiowej). Ten zespół chorobowy leczę, operuję, praktycznie jako jedyny lekarz w Polsce. Ci pacjenci dowiadują się o tym z internetu i zanim przyjadą do mnie, bardzo często przesyłają mi online swoje badania do wglądu. Przesyłam im swoją opinię, ale jednocześnie zastrzegam, że i tak muszę ich zobaczyć, zbadać, zrobić USG i dopiero wtedy możemy porozmawiać o dalszych krokach. Do czego zmierzam tym szerszym wstępem – uważam, że aplikacje, o które mnie pytasz, są okej, ale mają one też pewne ważne ograniczenia. Na pewno nie powinno się ich postrzegać jako porad lekarskich i ufać im na 100%. Aplikacje takie mogą służyć do naprowadzania pacjenta, dawania pewnych ogólnych porad, bazujących na twardych, medycznych dogmatach, związanych z leczeniem konkretnych schorzeń. Ale aby zacząć pacjenta leczyć na poważnie, musi on do mnie przyjść na wizytę lekarską, czyli muszę z pacjentem porozmawiać i go zbadać. Sam zdalny kontakt z lekarzem poprzez aplikacje jest dla mnie do przyjęcia, ale trzeba pamiętać, o istniejących ograniczeniach. 

Inną kwestią jest to, w jaki sposób wyceniać konsultacje wewnątrz takiej aplikacji. W przypadku pacjentów, których ja leczę i badam, nie pobieram od nich dodatkowych opłat za to, że dzwonią lub piszą maile/sms-y i takie dodatkowe porady ode mnie uzyskują. Wiem też, że niekiedy zdarza się , że koszt takich dodatkowych konsultacji doliczany jest przez niektórych lekarzy do kosztu całości leczenia. Inną sytuacją jest, gdy zupełnie nowi pacjenci przesyłają mi zdalnie swoje wyniki do konsultacji przed wizytą. Muszę wtedy poświęcić bardzo dużo czasu, by dokładnie je przeanalizować, a to z kolei niekoniecznie musi wiązać się z zakwalifikowaniem pacjenta do dalszego leczenia przeze mnie. I pojawia się wtedy pytanie: jak wtedy wyceniać taką czasochłonną poradę? To dokładnie taki sam czas konsultacji jak w gabinecie prywatnym. Z tym ta aplikacja chyba sobie sobie nie radzi. 

A Ty, jako profesor Artur Pupka, byłbyś w stanie na dzień dzisiejszy, w Polsce, spróbować pracy poprzez takie aplikacje, czy jednak widzisz w tej formie zbyt wiele barier?

AP: Jeżeli chodzi o pewne schorzenia, to na wstępnym etapie mógłbym poprzez nie udzielać niektórych porad. Ale żeby więcej o danej chorobie powiedzieć: o leczeniu, przebiegu choroby, konsekwencjach rodzaju leczenia, to pacjenta po prostu trzeba zobaczyć i zbadać. Jednocześnie mówiąc o tym pierwszym kontakcie z pacjentem, daleki byłbym od nazywania tego etapu „diagnozą”. Podam ci hipotetyczną sytuację z dziedziny chirurgii naczyniowej – żylaki. Pacjent widzi, że ma żylaki i zastanawia się, co ma z nimi zrobić. Na tym etapie jestem w stanie coś poradzić i to dość szybko, choćby poprzez taką aplikację. Jednak z zaznaczeniem, że jeśli leczenie ma się odbywać w sposób właściwy, to finalnie pacjent i tak powinien trafić do mnie do gabinetu. Przede wszystkim na badanie ultrasonograficzne, po którym wspólnie należałoby zastanowić się nad ewentualnym postępowaniem operacyjnym, minimalną chirurgią, zabiegiem małoinwazyjnym, czy może wstrzymaniem się od operowania – to dzieje się wtedy, gdy ma się pacjenta w gabinecie. Problem z tą aplikacją, w przypadku, który opisuję, zacząłby się w momencie, gdy pacjent napisałby do mnie „boli mnie noga”, czyli bardzo, bardzo ogólnie. Kończyna dolna może boleć z wielu powodów, z których np. na 4 powody 3 są w miarę błahe, ale ten jeden jest bardzo poważny.

A czy taka aplikacja mogłaby stać się „nowym zawodem”? Np. dla lekarzy świeżo po studiach, którzy w ten sposób mogliby stawiać swoje pierwsze kroki w stawianiu diagnozy? 

AP: Czy w takiej aplikacji lekarzem online mógłby być bardzo młody pod kątem doświadczenia fachowiec? Nie sądzę. Także poprzez tę platformę musi dochodzić do kontaktu pacjenta z lekarzem, który posiada stosowne doświadczenie, w końcu nie ma tu nawet kontaktu wzrokowego. Z drugiej strony, często jest tak, że im bardziej lekarz doświadczony, tym więcej ma wątpliwości przy stawianiu finalnej diagnozy. Natłok wiedzy empirycznej powoduje, że doświadczeni, starsi lekarze nie stawiają szybkich i łatwych diagnoz, jakich oczekiwałby pacjent, korzystający z podobnej aplikacji. I przy obsadzaniu takiej platformy online lekarzami, to również jest z pewnością duży problem. Aplikacje mają upraszczać nasze życie, ale w świecie medycyny nie ma zbyt wielu przypadków, które można byłoby tak prosto rozwiązać.  Nie poruszam tutaj kwestii prawnych takich konsultacji online. To jest również złożony problem do rozwiązania przez zawiadujących takimi aplikacjami.

Jak więc takie aplikacje mogłyby się przydać? Gdzie widzisz ich najlepsze zastosowanie?

AP: Moim zdaniem takie rozwiązania najbardziej przydatne byłyby lekarzom rodzinnym, którzy wcale nie musieliby za konsultacje w nich pobierać dodatkowych opłat, bo mieliby to rozliczone przez NFZ lub Kasę Chorych. Takie zastosowanie spowodowałoby, że do ich gabinetów przychodziłoby znacznie mniej osób z naprawdę błahymi problemami. Specjalistom z kolei pomogłoby w przypadku pacjentów, którzy już korzystają z ich porady – są im znani i byli przebadani, a potrzebują od tego lekarza dodatkowej wiedzy lub krótkiej porady i to wtedy byłaby taka najszybsza ścieżka kontaktu. Np. w przypadku, gdy ja na Dolnym Śląsku w niektórych gabinetach, przyjmuję tylko raz w miesiącu. Jeśli pacjent chciałby w międzyczasie dowiedzieć się czegoś więcej ode mnie, takie rozwiązanie byłoby dla niego dużym uproszczeniem. Szczególnie, jeśli nie obciążałoby go to finansowo. Z kolei dla mnie mogłoby to być dobre narzędzie do tego, aby przy pierwszym kontakcie z pacjentem informować go, czy w ogóle ze swoim schorzeniem powinien do mnie trafić, czy powinien udać się do innego specjalisty.  

Polityka prywatności

Strona wykorzystuje pliki cookies w celach wyłącznie statystycznych. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies.